Z homilii...


Mieć coś z ducha Eliasza

11 grudnia 1982
Syr 48, 1-4, 9-11; Mt 17, 10-13

Przed nami wielki prorok Eliasz. Prorok jak ogień. Słowo jego płonęło jak pochodnia. Właśnie on słowem Pana zamknął niebo. To on został wzięty na wozie ognistym. Dużo ognia w tej postaci. I znów pojawia się w Ewangelii. Dlaczego uczeni w Piśmie twierdzą, że musi przyjść Eliasz? Gdyby twierdzili, że potrzebny jest jego duch, moc – to zgoda. Ale sam Eliasz?
W każdym z nas są jakieś osobiste marzenia. Mamy swoje plany. Jeżeli nabierze się dystansu wobec nich, to stanie się jasne, że w istocie chodzi o ducha Eliasza, o jego moc. Chodzi o to, by każdy z nas wchodząc na siódemkę, miał ten ogień, który oświeci życie i życie stojącego obok, pozwoli przygotować się do przyjęcia obowiązków, które czekają. (…)
Myślę, że w tej Ewangelii kryje się aktualny, ludzki dramat. Mamy swój plan, przychodzimy do Pana Boga i mówimy – Ty to zrealizuj, bo ja nie potrafię. Zresztą gdybym potrafił, nie byłoby potrzeby prosić. Jakoś trudno jest pojąć, czego Bóg od nas oczekuje. A po prostu trzeba nam Słowo Boże brać. Nie spychajmy naszego życia w sentymentalizm. Niech ono będzie twarde. Niech będzie ten duch Eliasza.
Musimy bardzo trzymać się tego, co Boże, żeby umysł i sumienie były dla nas ogniem oświecającym, stwarzającym klimat, dającym ciepło, dobro. Coś z tego Eliaszowego ducha trzeba w sobie mieć. Nie przejmować się, że jeszcze go w sobie nie widzimy. Trzeba tylko bardzo chcieć. To Bóg, to On to da.


powrót...